Ale tegoroczny Summer Camp był trochę inny.
Tym razem na boisku pojawili się nie tylko tacy jak ja. Byli też starsi chłopcy – nasi bracia, wujowie, kuzyni i starsi koledzy. Byli dorośli, których zwykle widzimy przy swoich codziennych obowiązkach. Tym razem jednak wszyscy przyszli tutaj, żeby być częścią drużyny. Nagle wiek przestał mieć znaczenie. Nie było „starszych” i „młodszych”. Były drużyny. Był mecz.
Można było się zmęczyć. Można było przegrać. Można było się ubrudzić. Był pot na czole, kurz na butach i dużo krzyku, kiedy ktoś zdobywał punkt. A kiedy ktoś przegrywał, czasem były też łzy, bo kiedy bardzo chcesz wygrać, porażka naprawdę boli. Ale chwilę później znowu wszyscy byliśmy razem.
Można też było nauczysz się lokalnej gry, której wcześniej nie znało się nawet z nazwy, albo po prostu usiąść razem na macie. Były historie, których nie znajdzie się w żadnej książce. Historie Duadze opowiadane przez najstarszych, lokalne opowieści i legendy, które znamy dzięki temu, że ktoś kiedyś usiadł i je opowiedział. Tym razem słuchaliśmy ich razem: dzieci, młodzież i dorośli.
I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że sport i to wspólne bycie razem potrafią zrobić coś niezwykłego. Na kilka godzin sprawiają, że nie liczy się wiek, to, czym zajmujesz się na co dzień ani ile masz lat. Liczy się drużyna. Liczy się to, czy podasz piłkę koledze, czy pomożesz mu wstać, czy będziesz krzyczał z radości, kiedy strzeli gola, i czy zostaniesz obok, kiedy jego drużyna przegra.
I właśnie to lubię najbardziej. Bo ten obóz nie był tylko o piłce. Był o nas. O tym, skąd jesteśmy, o ludziach, którzy byli tutaj przed nami i o tym, czego możemy nauczyć się od siebie nawzajem. A także o tym, że czasem najlepiej zapamiętuje się nie wielkie rzeczy, ale te małe:
Śmiech kolegi,
Wyścig, którego prawie nie dało się wygrać,
Mecz, który długo będziemy wspominać,
Opowieść, której wcześniej nie znaliśmy,
Wspólny posiłek,
Zmęczone nogi pod koniec dnia,
I ten moment, kiedy wszyscy wracamy do domu – już trochę brudni, trochę zmęczeni, ale z głową pełną tego, co wydarzyło się przez cały dzień.
Dla dorosłych Summer Camp może wyglądać jak kilka dni sportu i zabawy. Dla nas to coś znacznie większego. To miejsce, w którym możemy być razem. Miejsce, w którym możemy próbować, popełniać błędy i próbować jeszcze raz. Miejsce, w którym uczymy się, że wygrywanie jest fajne, ale drużyna jest ważniejsza.
I może właśnie dlatego, kiedy ostatni dzień obozu się kończy, już zaczynamy czekać na kolejny.
Ja na pewno będę. Bo mam dziesięć lat i wiem jedno: na Summer Camp warto czekać cały rok.